„Tylko mi Polski żal …”

„Tylko mi Polski żal …”

864
0
UDOSTĘPNIJ

Miłość do Ojczyzny – kiedy ona w nas kiełkuje i czy w ogóle kiełkuje u wszystkich? Można i należy zadać sobie to pytanie czytając ten tekst, te zdania z sercem i najstaranniej poukładane w treści jakby na pamiątkę jakąś, której przez to zapomnieć niepodobna. Te pamiątkowe treści ze swoich lat dziecięcych przepojone miłością do wszystkiego co ojczyste przekazuje nam dziś dorosły i wielce szacowny Polak – ksiądz doktor Franciszek Gomułczak SAC, wykładowca Wyższego Seminarium Duchownego w Ołtarzewie, a już od 21 lipca br. rezydent Zarządu Generalnego Księży Pallotynów w Rzymie.

„O mamo otrzyj łzy z uśmiechem do mnie mów

Ta krew co z piersi broczy

Ta krew –  to za nasz Lwów

Ja biłem się tak samo

Jak starsi – mamo chwal

Tylko mi ciebie mamo, tylko mi Polski żal…”.

Złota jesień polska, pełna babiego lata, dojrzałych owoców, naznaczona kopaniem kartofli, zbieraniem buraków i – chodzeniem do szkoły. Taką pamiętam z dziecinnych lat. Przyznam się, chyba pierwszy raz, że o ile bardzo nie lubiłem chodzić do szkoły, to jeszcze bardziej nie znosiłem pracy w polu. Najchętniej pasałem krowy, bo nie wymagało to schylania się nad wiadrem z kartoflami ani trudzenia się nad kompletnie bezsensownym i niezrozumiałym dla mnie układem równań.

Najczęściej jednak trzeba było sprawiedliwie podzielić czas pomiędzy wszystkie te czynności. Kopanie buraków miało tę dobrą stronę, że przy obcinaniu im zielonych warkoczy można było siedzieć, a poza tym posłuchać czegoś „o rycerzach znad kresowych stanic”. Moje zainteresowania historią rozbudził tato opowiadając na polu o tym, jak to było „za Niemca” i wtedy  jak przyszedł nasz „wyzwoliciel”; to tam pierwszy raz dowiedziałem się o tragedii Powstania Warszawskiego i o paru innych rzeczach. Tato wygrał współzawodnictwo ze szkolnymi książkami do historii, z radiem i raczkującą wtedy telewizją, nawet z Chłopską Drogą (była taka gazeta) pełną wojennych opowiadań o bojach z niemieckim okupantem (drugiego nie było). Miałem wtedy może dziesięć lat i jeszcze wówczas nie wiedziałem, że pięćdziesiąt lat wcześniej takie dzieciaki jak ja zmagały się na lwowskich ulicach z ciężarem własnym karabinu. Dziś parę słów o tamtej jesieni. Nie po to, by rozbudzać rewizjonistyczne nastroje, ale by pamiętać. Pamięć jest ważna, bo buduje nasze dziś, a to jacy będziemy dziś czy jutro zależy od tego co będziemy pamiętać i co pozwolimy skazać na zapomnienie. Poza tym – bohaterom należy się cześć.

Przeżyłem we Lwowie parę lat, więc jest to w jakimś sensie „moje” miasto, choćby i dlatego, że do rodzinnego domu pod Przemyślem jest stamtąd raptem sto kilometrów, jest także „moje” przez to, że nabrzmiało polską historią i nie ma co zaklinać rzeczywistości, że jest inaczej. Skoro jednak zechciała Opatrzność, by stało się ono dla nas „zagranicą”, niech pozwolą Ukraińcy, że z całym szacunkiem dla nich i bez wojowniczych zamiarów, nadal będę je za „swoje” uważał. Spacerując więc ulicami „mego” miasta, zaglądając w zaułki, depcząc ścieżki parkowe i cmentarne myślałem często, prawie zawsze, o tych którzy tu przed nami przeszli przez teatr dziejów: Polacy ( przed wojną ok. 60 proc. mieszkańców), Żydzi(ok. 30 proc.), Rusini(kilka proc.), Ormianie, Niemcy, Austriacy, Węgrzy, Grecy, Karaimi i kto tam jeszcze. Wspaniałe kościoły, pachnące kadzidłem cerkwie; szkoda, że nie zachowała się żadna synagoga…Z katedry łacińskiej do ormiańskiej niedaleko, do unickiej nieco dalej, ale w każdej z nich zaklęty jest kawałek historii, podobnie jak w każdej staromiejskiej ulicy, zaułku, kawiarni…

Lwów oddał się rodzącej się Polsce 20 października 1918 roku. Taka była decyzja większości Rady Miejskiej. Wiadomość o tym przekazano do Warszawy, do Rady Regencyjnej Królestwa Polskiego. To ciało administracyjne powstało po samolikwidacji tymczasowej Rady Stanu 12 września 1918 roku. Stanowiły ją trzy osoby: książę Zdzisław Lubomirski, kard. Aleksander Kakowski i Józef Ostrowski. To ta Rada swoimi działaniami, o czym teraz mało się mówi, położyła podwaliny pod powstanie niepodległego państwa, rozwijając administrację, szkolnictwo, tworząc zręby wojska i dyplomacji, choć ciągle pod okiem zaborców „centralnych”. To właśnie ona 7 października 1918 roku (w święto Matki Bożej Różańcowej!) proklamowała niepodległość Państwa i nie wiem dlaczego naszym Świętem Narodowym stał się dzień zakończenia I wojny światowej i przekazania władzy przez Radę brygadierowi J. Piłsudskiemu.  Polska Komisja Likwidacyjna z Krakowa miała zamiar przejąć miasto 1 listopada 1918 roku. Między innymi z tego powodu ta data stała się istotna w dziejach miasta. Stolica austriackiej Galicji, prężny ośrodek nauki i kultury polskiej, ważne centrum życia wspólnoty ormiańskiej i żydowskiej stało się przysłowiową kością niezgody pomiędzy dwoma narodami, które miały to samo pragnienie: niepodległość. Cały problem leżał w tym, że Polacy nie wyobrażali sobie Niepodległej bez Lwowa, a dla Ukraińców stanowił on jedyny poważny ośrodek miejski w którym mogliby proklamować swoją niepodległość. Co prawda trwały próby powołania państwowości ukraińskiej w Kijowie, lecz „wielka Ukraina” to dla nich także Lwów gdzie wysiłki tworzenia państwowości zdawały się być bliższe realizacji.

Tak oto różne uwarunkowania sprawiły, że los Lwowa mógł się rozstrzygnąć tylko na drodze walki zbrojnej. Opanowane 1 listopada przez Ukraińców, przy wydatnej pomocy Austriaków, miasto rozpoczęło tego samego dnia rozpaczliwy i przez pewien czas chaotyczny bój o przynależność do Polski. Toczone w mieście przez trzy tygodnie i ze zmiennym szczęściem walki doprowadziły do wyparcia zeń słabo znających je sił ukraińskich. Stało się to możliwe również dzięki pomocy napływających z Polski posiłków z którymi związane są nazwiska ówczesnych i późniejszych generałów: Bolesława Roi, Tadeusza Rozwadowskiego, Władysława Tokarzewskiego, czy w dalszym okresie, Józefa Hallera. Toczone od końca listopada 1918 do początku marca 1919 roku walki  utrwaliły polski stan posiadania i w efekcie przesądziły o korzystnym dla Polski werdykcie Ligi Narodów: miasto noszące  miano „semper fidelis” (zawsze wiernego) stało się trzecim(niczego nie ujmując Wilnu czy Poznaniowi) obok Warszawy i Krakowa znaczącym ośrodkiem miejskim Rzeczypospolitej ze swą wielokulturowością, niepowtarzalnym klimatem i architektonicznym pięknem, miastem trzech arcybiskupstw katolickich różnych obrządków: łacińskiego, greckokatolickiego i ormiańskiego.

Decydujące o losie miasta były wspomniane trzy pierwsze tygodnie listopada 1918 roku: to o nich przypomina odrestaurowany dziś, a w czasach sowieckich zrujnowany i zbezczeszczony Cmentarz Orląt. Orlęta – dzieciaki w moim wieku, gdy pasałem krowy, i nieco starsze, chwyciły za broń, bo dorosłych nie było za wielu; trwała bowiem jeszcze wojna. Uczniowie szkół podstawowych, gimnazjaliści i studenci, oraz trochę wojskowych z kpt. Czesławem Mączyńskim. To oni zaczęli odbijać z rąk ukraińskich zajęte obiekty i to oni padali jako pierwsi. Właśnie o jednym z nich, a może raczej o każdym, jest wiersz Artura Oppmana, którego fragment rozpoczyna niniejszy artykuł. Zginęło ich parę tysięcy, ale „obronili Lwów”. Teraz śpią w swoich mogiłach… „Śpij kolego w ciemnym grobie niech się Polska przyśni Tobie…”. Mały Jurek Bitschan też uciekł z domu aby się bić; padł podobno jako pierwszy – wojak, którego przewyższał „wzrostem” ówczesny karabin.

To było pierwsze polskie zwycięskie powstanie (z całym szacunkiem dla Wielkopolski): Powstanie Lwowskie, dziś wypierane z pamięci, albo deprecjonowane w imię…, no właśnie, w imię czego? Wymogów dyplomacji, dalekowzroczności, czy zwykłego oportunizmu? W 1922 roku Lwów odznaczony został przez Marszałka orderem Virtuti Militari, który znalazł się w herbie miasta. Ale wcześniej przyszło jeszcze, latem 1920 roku, bronić Lwowa w morderczym starciu z bolszewikami, u których politycznym komisarzem był Josif Wissarionowicz Dżugaszwili znany dziś jako Stalin: niski wzrostem, ospowaty i bezwzględny. Czy już wtedy myślał o zemście? Nie wątpię. Tacy ludzie są śmiertelnie niebezpieczni, a świat ze strachu przed nimi i dla świętego spokoju  ich honoruje; tak jak dzisiaj. Tylko że ów „święty spokój” trwa zazwyczaj tak długo jak długo oni uznają to za stosowne.

Dziewiętnaście lat później, 22 września 1939 roku Sowieci wkroczą do Lwowa już bez większych strat. To im, a nie stojącym od zachodu i południa Niemcom generał Langner, dowódca obrony poddał miasto. Szkoda było lwowskie ulice oddawać pod bomby i pociski. Dziś wielu uważa, że gdyby  wówczas miasto tak jak Warszawa wpisało się w świadomość wolnego świata bohaterską obroną, po wojnie zostałoby przy Polsce. Być może. Ostatecznie dzieli je od niej tylko sześćdziesiąt parę kilometrów. Wejście Sowietów oznaczało dla lwowskich Polaków terror, upokorzenie, śmierć i wywózki. Dla innych nacji, niekoniecznie. A komendantem miasta został gen. Nikita Siergiejewicz Chruszczow, późniejszy „odnowiciel” Kraju Rad, wówczas gorliwy i posłuszny rab Wielkiego Językoznawcy, jakim po czasie stosownym okazał się być Josif Wissarionowicz. Można się pośmiać, choć przez łzy. Pozostawienie Lwowa po sowieckiej stronie przyjęte zostało przez Polaków, nie tylko we Lwowie, z uczuciem szoku, rozpaczy i niedowierzania. Wiarołomstwo naszych aliantów przybrało realne kształty.

Dziś lwowiacy i nie tylko, z Wrocławia, Gliwic, czy Przemyśla snują się z aparatami fotograficznymi i z kamerami po Wałach Hetmańskich, zwiedzają Uniwersytet Jana Kazimierza, piją markowe lwowskie piwo w przyulicznych ogródkach…Patrzy na nich Pani Łaskawa – Śliczna Gwiazda Miasta Lwowa przed którą król swoje śluby składał, spogląda z figury na Placu Mariackim, towarzyszy Jej w tym stojący nieopodal na cokole Mickiewicz. Wszystko tu niby takie samo, ale już nie takie samo, tak jak Wały to już nie Wały…W czasie takiej wędrówki człowiek odczuwa boleśnie absurd granic. Są dramatem, bo przecież wszystkiego granicą przegrodzić ani za nią przenieść się nie da. Nie da się przenieść przeszłości, wydarzeń, ogromnej części duszy, własnej tożsamości, tak jak nie da się zabić miłości, sentymentu czy tęsknoty. Zresztą – Ukraińcy, przynajmniej ci z zachodu, też tęsknią: do Przemyśla, Jarosławia, Sanoka czy nadsańskich wiosek. Może jednak doczekamy czasu, że będzie można po obiedzie skoczyć na kawę z Przemyśla do Lwowa i na odwrót, może przestaniemy na siebie patrzeć podejrzliwie i niechętnie i będziemy się jeszcze razem wstydzić tej granicy. Dużo pracy przed nami, dużo nie rozwiązanych i bolesnych problemów. Gdy Chrobry wydawał córkę za Włodzimierzowego syna a Kazimierz Odnowiciel brał za żonę córkę  Jarosława Mądrego nikogo to nie dziwiło. Nam nie trzeba się modlić aby lepsze czasy nadeszły, lecz aby wróciły…

Powiadają nieraz ludzie, że za Lwów „dostaliśmy” Wrocław. Wbrew pozorom, sprawa nie jest aż tak jednoznaczna, ale to temat na szczegółowe studium. Historia sprawiła, że to akurat Lwów a nie Wrocław kształtował naszą duszę, chociaż to Wrocław jako pierwszy zaszczepiał w nas gen obronny przed tym co za Odrą. Bitwa na Psim Polu, obrona Głogowa czy Niemczy, to wydarzenia nieco późniejszego  czasu niż ten, kiedy to „Włodzimierz wybrał się na Lachów i zajął ich grody Przemyśl, Kamień i Czerwień”. Ziemie „Lachom zabrane” odebrała z kolei na 600 lat św. Jadwiga Andegaweńska. Wrocław pozostawiony sam sobie zatracał się powoli, a zanim żeśmy go na powrót „dostali”, wokół piastowskiego Ostrowu zdążyły już narosnąć pierścienie innych kultur, przez tych „innych” też mniej czy bardziej ale jednak utęsknione. Ale to dwie zupełnie różne tęsknoty. Niechby więc wróciły czasy gdy Polacy we Lwowie a Ukraińcy w Przemyślu będą się czuć jak siebie. Do tego nie potrzeba szabli, wojen, ani zaborów. Czy jednak stać nas na to?

Oj ty jesieni złota…Co jeszcze przyniesiesz? Tak nas doświadczyła historia, że pamiętamy przeważnie bitwy, powstania, zabory. Co raz ktoś do nas strzelał, niekiedy my się odwzajemniliśmy. Ale w tym paśmie dramatów są przecież jednak i jaśniejsze strony: nie tylko Grunwald czy Wiedeń, lecz i zapomniany dziś (czemu?) pogrom o wiele liczniejszej armii rosyjsko-szwedzkiej pod Kłuszynem w 1610 roku i hołd carski wobec polskiego monarchy w 1611. Gdzieś się nam ta data zapodziała, nawet rok temu w okrągłą rocznicę. Wszakże – z całym szacunkiem dla militariów – opowiadając historię nie możemy zachowywać się tak jakbyśmy przez tysiąc lat byli tylko jednym wielkim garnizonem albo twierdzą, choć na upartego można tego dowieść i nie będzie to fantazją.

A czy ktoś z czytelników zna datę powstania huty w Stalowej Woli albo portu w Gdyni? Pamiętamy aby kim był inżynier Kwiatkowski i czego dokonał profesor Mościcki zanim został prezydentem Rzeczypospolitej? To samo dotyczy zresztą także jego poprzedników, również wybitnych naukowców. A kim byli Żwirko i Wigura i co to takiego „Łoś” i „Karaś”? Wspomniany Lwów miał już pod koniec XIX wieku uliczne oświetlenie gazowe, oraz elektryczność a od lat 30. międzynarodowe lotnisko, zaś na jednej ze staromiejskich uliczek siedzi sobie Ignacy Łukasiewicz. Warto i to pamiętać.

Autor: ks. Dr Franciszek Gomułczak SAC

Wykładowca historii Kościoła w Wyższym Seminarium Duchownym w Ołtarzewie. Misjonarz i rekolekcjonista.