Ksiądz Doktor jeszcze raz o Polsce

Ksiądz Doktor jeszcze raz o Polsce

714
0
UDOSTĘPNIJ

 

Arcyciekawy tekst, można rzec złożony z  wielu gatunków literackich, ale nie o gatunki tu chodzi lecz o wagę zawartości treści. Odrobinę przybliżenia w przytoczonym fragmencie. Wybraliśmy ten tekst z nadesłanego materiału dla oddania hołdu Powstańcom Powstania Warszawskiego na kolejną rocznicę 1 sierpnia ku narodowej pamięci.

– Powyższa refleksja zrodziła się na bazie „afery” z niemieckim filmem „Nasze matki, nasi ojcowie”. Zarzucono mu wybielanie Niemców i tradycyjne już  pokazywanie Polaków w czarnych barwach. Historię można zagmatwać. Można poprzestawiać akcenty, uwypuklić  margines, nagłośnić, polać sosem demagogii bez liczenia się z faktami i warsztatem naukowym. Jan Tomasz Gross jest tego modelowym przykładem. Można więc użalać się nad „wypędzonymi”, zburzonymi miastami i utraconym terytorium, można budować narrację o bezimiennych „nazistach”, można starać się zapomnieć o wiwatujących na cześć Fuehrera milionach, można całą wojnę sprowadzić do samego tylko Holocaustu. Można nawet doczekać w Warszawie „bananowych” władz, które będą kompletnie nie rozumieć wagi toczonego dziś sporu i wyrugują historię ze szkoły, jak gdyby chciały by nie wyrosło kolejne pokolenie Kolumbów. Tylko, że jesteśmy jeszcze my. Miliony ludzi, owa „milcząca większość”. Naszą jest rzeczą przypominać, kto był kim w ostatniej wojnie i kto kogo ma prawo pouczać. Trzeba przypominać że to „ich  ojcowie” byli bezwzględni i okrutni do tego stopnia, że żadne słowo tego nie odda. To oni palili żywcem polskie, białoruskie i rosyjskie  wsie, rozstrzeliwali na oczach rodziców ich małe dzieci, rabowali i niszczyli. Nie pozwólmy im tego zapomnieć, skoro pycha i stara pruska buta znowu zdaje się brać górę.

RES PUBLICA DESOLATA…

W końcowych scenach serialu „Czas Honoru” jest scena, w której niemiecki oficer Reiner, zbrodniarz wojenny z okupowanej Warszawy, przejęty od Polaków przez Amerykanów i odprowadzany do niewoli, śmieje się tryumfująco w twarz polskim cichociemnym. Rzecz dzieje się po wojnie w amerykańskiej strefie okupacyjnej. Nasi bohaterowie stoją na obcej ziemi, bezradni, wyzuci z Ojczyzny do której nie mogą powrócić, a o wolność której walczyli przez sześć lat; także ze wspomnianym oficerem, współsprawcą terroru w stolicy. Niemiec odchodzi. Wkrótce „stanie na nogi” i będzie sojusznikiem naszych aliantów, dożyje zapewne starości, syty i zadowolony; może nawet napisze pamiętniki.

A jego polscy przeciwnicy? Oni zostali na przysłowiowym „lodzie”. Walczyli od pierwszych dni i byli pełni nadziei, gdy trzeciego dnia wojny Anglia i Francja włączyły się do konfliktu. Nie wiedzieli, że 9 dni później sojusznicy zadecydują, że Polsce nie pomogą, czym dadzą wolną rękę Moskwie, która 17 września 1939 roku  bez obaw zacznie wypełniać swoje powinności wynikające z paktu Ribbentrop-Mołotow. Alianci nie wiedzieli zaś, że za to wiarołomstwo przyjdzie im drogo zapłacić: Francuzom upokorzeniem i kompromitującą kapitulacją, Anglikom zaś wyniszczającą wojną i utratą Imperium. Obaj sojusznicy stracili jednak także, niejako „przy okazji”, honor i wiarygodność.

Polacy międzywojnia byli narodem ludzi dobrze wychowanych, honor i zasady znaczyły u nich więcej niż możemy to sobie dzisiaj wyobrazić. Nie brali więc pod uwagę tej ewentualności, że sojusznik może być wiarołomny, że może cynicznie oszukiwać i kłamać… i że w końcu może sprzedać za „30 srebrników jałowego spokoju”, by przywołać tu słowa bł. księdza Jerzego. Skąd dzielni, pełni wiary w ideały chłopcy i dziewczęta z Podziemia i Sił Zbrojnych na Zachodzie mogli wiedzieć lub spodziewać się, że ich Ojczyzna zostanie sprzedana przez sojuszników Zbrodniarzowi tak, jak sprzedaje się tonę węgla lub kilo kartofli? Nie mam cienia wyrozumiałości dla naszych aliantów. Okazali się bezwzględni, wyrachowani i zimni. Bez zasad i cienia przyzwoitości.

Bez miłosierdzia. Nie przyjmuję żadnych tłumaczeń, bo te są pokrętne. Zastanawiam się tylko, co takiego miał w sobie Stalin, że alianci zamiast powalić go na kolana (a pewnym momencie mogli!) wręcz go adorowali? A może to im brakowało czegoś, co nie pozwoliłoby im zapomnieć o bolszewickim terrorze, sztucznym głodzie, gułagu, o sojuszu Stalina z Hitlerem i jego agresji ma Polskę i na małą Finlandię?

Dla Roosevelta krwawy potwór z Kremla był jedynie „wujkiem Joe”, któremu lekką ręką pozwolił wydać na pewną śmierć wszystkich Rosjan walczących po stronie niemieckiej, jakich miał w zasięgu ręki. Cóż z tego, że ludzie ci, zwłaszcza Kozacy stanęli po niemieckiej stronie bynajmniej nie z miłości do Hitlera, a jedynie desperacko szukając ratunku przed „wujkiem”; wielu z nich miało na sumieniu także zbrodnie. Zastosowano jednak odpowiedzialność zbiorową i pozbyto się „kłopotu”, skazując tysiące nieszczęśników na straszliwą gehennę, w której śmierć okazywała się nagrodą. Bezduszność towarzysząca sprawianiu przyjemności „wujkowi Joe” musi porażać.

Tego wszystkiego nie przewidzieli żołnierze i funkcjonariusze Polskiego Państwa Podziemnego – jedynego tego rodzaju tworu na terenie Europy, posiadającego własną administrację, sądownictwo i armię. Ich walka i determinacja stały się z czasem dla aliantów zawadą, a podziw zaczął ustępować miejsca irytacji. Można było bowiem idealnie urządzić Europę, a przez to i świat, gdyby nie ten przysłowiowy „polski garb”. Jak się go pozbyć? Sowieci mieli receptę: rozpoczęli od mordów już we Wrześniu, kontynuowali podczas wywózek, dokończyli dzieła w Katyniu. Potem było jeszcze podstępne aresztowanie w marcu 1945 roku 16 przywódców Państwa Podziemnego i wywiezienie ich z Warszawy do Moskwy, rzecz bez precedensu w cywilizowanym świecie. Zachód ani pisnął. Jaki Zachód? – USA i Zjednoczone Królestwo. Po aresztowaniu przywódców Podziemia i rozpoczęciu procesu prominentny tytuł angielskiej prasy wyrażał się nawet z uznaniem o zachowaniu władz sowieckich, które mimo wszystko zorganizowały proces nie bacząc na wcześniejsze zachowanie Polaków wobec Armii Czerwonej. Co takiego pozwalało „nie widzieć” tego co działo się w Polsce po wkroczeniu tam Sowietów w 1944 roku? Ignorancja, cynizm, pogarda, czy wszystko razem wzięte? Roosevelt czyniąc zadość oczekiwaniom „wujka Joe” zabronił w ogóle wspominać prasie o Katyniu. Tak postępował proces fraternizacji z diabłem. „Polityka brutalna jest…”.

Uśmiechnięte i zadowolone na fotografiach miny trzech starców świadczą o tym dobitnie. Koniec pozorów. Zginął gen. Sikorski, zginęła AK, zginęło „16”, zginęły dziesiątki tysięcy „wyklętych” zabite rękami zdrajców, rodzimych Kainów, którym Polska do dziś wypłaca sowite pensje, zginęła polska niepodległość. Res publica desolata est. Polskich generałów, bohaterów pól bitewnych Europy nie dopuszczono ze swymi chłopcami na paradę zwycięstwa – żeby nie psuć nastroju zwycięzcom i oczywiście, nie denerwować „wujka Joe”. Nasi dowódcy będą po wojnie pracować jako sprzedawcy w kioskach z gazetami, żeby zarobić na życie. Co na to sir Winston?

Aż pewnego dnia stał się „cud”. Zachodnim politykom nagle „otworzyły się oczy”. Zauważyli „żelazną kurtynę”, doświadczyli wojny koreańskiej, zmagali się z sowiecką blokadą Berlina Zachodniego. Aby nam pokazać jak bardzo są z nami zaczęli nadawać audycje radiowe po polsku (i nie tylko) i zagrzewali nas do walki z komuną. Węgrzy wzięli to za dobrą monetę i rozpoczęli marsz ku niepodległości, wybuchło antysowieckie powstanie, ale alianci mieli „na szczęście” na głowie konflikt o kanał Sueski. Węgrzy pozostali na placu boju osamotnieni, mając po swojej stronie jedynie rozbrojonych Polaków. Kłamstwo katyńskie to nie tylko tuszowanie samej zbrodni i przypisywanie jej Niemcom. To wszystko to, co tam wzięło początek: bratanie się ze Stalinem, lekceważenie zasad, w końcu cynizm i bezduszność zakończone aliancką zdradą.

W wojnie która się toczyła, wielkim tego świata wcale nie chodziło o ideały. Chodziło o rynki zbytu i strefy wpływów, o czysto kolonialny podział świata. W końcowej fazie wojny Ameryce chodziło też o jak najszybsze i najmniej kosztowne zakończenie wojny z Japonią. Interes Polski był tu tylko przeszkodą, pozostawiona więc została sama sobie. Ameryka dbała (i dba) przede wszystkim o swój własny interes, podobnie jak Brytania i podobnie jak Stalin. Moralność, cnoty, przyzwoitość nie mają w takiej sytuacji nic do rzeczy (chociaż powinny). Argument nie tkwi w sile racji, ale w liczbie karabinów.

Polska okrojona z terytoriów wschodnich, przesunięta na zachód, utraciła miliony obywateli (35 mln w 1939 roku, wobec 24 mln w 1945), pomniejszyła się też o kilkadziesiąt tysięcy kilometrów kwadratowych (380 tys. km kw. w 1939 roku, wobec 312 tys. obecnie) i stała się satelitą Kremla. Jak na czwartą siłę zwycięskiej koalicji nie wygląda to imponująco. Zresztą, „nasze” miejsce w koalicji szybko oddano Francji gen. de Gaulle’a. Co takiego zdziałali Francuzi na rzecz zwycięstwa koalicji jest do dziś pilnie strzeżoną tajemnicą. Taki a nie inny finał wojny, wielce szczęśliwy dla wielu, dla nas oznaczał w perspektywie lat powolną degradację i uniemożliwienie rozwoju na skalę w jakiej jako wolne państwo mogliśmy się rozwijać. Przykład zrujnowanych wojną Niemiec jest tu bardzo pouczający. Tak naprawdę to my właśnie tę wojnę przegraliśmy, zresztą nie tylko wojnę, ale i następne czterdzieści parę lat. I przegrywamy nadal. Zamazywanie różnicy pomiędzy dobrem a złem, przyzwoitością a draństwem mści się bowiem okrutnie. Zawsze. Brak determinacji, by prawdę nazwać prawdą, kłamstwo kłamstwem a zbrodnię zbrodnią zemści się jeszcze okrutniej. To tylko kwestia czasu.

***

Gdy 10 kwietnia 2010 roku zostaliśmy porażeni tragedią pod Smoleńskiem, od razu przypomniał mi się Gibraltar, do dziś zresztą owiany tajemnicą. Brytyjczycy nie pozwolili na otwarcie trumny Naczelnego Wodza. Ubrano go w mundur dopiero kilkadziesiąt lat później w Polsce. Co za tajemnica kryła się wówczas w tej trumnie? Sikorski też denerwował „wujka Joe”, choć starał się być koncyliacyjny a wielu podejrzewało go o uległość. Jakoś tam przeszkadzał swoją osobą w ułożeniu powojennego modus vivendi. Polska niepodległa z Wilnem i Lwowem a nadto jeszcze ze Śląskiem i Pomorzem? To dopiero „awanturnictwo”! Ktoś pod Gibraltarem rozwiązał problem. Kto nie wiem, ale jestem pewien, że wszyscy inni temu „komuś” na swój sposób byli (i są) wdzięczni.

Pod Gibraltarem zginął człowiek, który mimo wielu wad miał jakąś szansę ocalenia Polski. Po Smoleńskiem z kolei dobiegło kresu życie człowieka, który próbował odbudowywać polską suwerenność i środkowo-europejską solidarność. Polska „zadziorna” i mająca poczucie własnej siły i wartości, skutecznie budująca w środku Europy wspólnotę interesów od Tallina poprzez Kijów, Pragę aż po Tbilisi na pewno nie leży w sferze marzeń wielkich tego świata. Skuteczna obrona Gruzji przez piątkę przywódców regionu pokazała potencjalną realność tej wizji. To dopiero zmusiło Zachód do jakiejś tam reakcji w obronie małego kraju. A równocześnie pokazało, że sojusz „Międzymorza” wcale nie musi być fantazją. Oczywiście, że budowanie go wymagałoby determinacji, wysiłku i cierpliwości, także pogodzenia tego co jest żywotnym interesem tego regionu z szeroko rozumianą ideą europejskości.

Wszystko było jednak do osiągnięcia, ale też miało (i ma) swoich przeciwników. Nie łudźmy się, że ktokolwiek poza nami pragnie silnej i bezpiecznej Polski, nie łudźmy się też, że historia stanęła w miejscu, że nastąpił jej kres a do pełni szczęścia wystarczy tylko uratować „euro”. Historia toczy się nadal, światowe potęgi jak zawsze walczą o strefy wpływów, brutalna rywalizacja trwa w najlepsze i trudno przypuszczać, by ktokolwiek przejął się naszym losem, jeśli nie będzie to zagrażać jemu i jego interesom. Kto uważa, że współczesnej Polsce nic i nikt już nie zagraża jest naiwny. Bezbronni militarnie i gospodarczo tak jak obecnie, z nędzną infrastrukturą wcale nie musimy zostać podbici za pomocą siły zbrojnej. Lech Kaczyński nie był naiwny. Zginął. Co sugeruję? – Nic.

Nie do zapomnienia jest przerażenie „salonów” gdy po Tragedii zawiązywała się porwana narodowa wspólnota? Duszono to w zarodku obrzydliwą propagandą, manipulacjami, zmiataniem palących się zniczy i napuszczaniem wielkomiejskiej dziczy by znieważała przeżywających żałobę ludzi. O tym szerzej kiedy indziej. Na pogrzeb Pary Prezydenckiej nie przybył nikt ze znaczących osobistości światowej polityki. „Pomógł” w tym pył wulkaniczny, choć z Berlina można było od biedy dojechać samochodem lub przylecieć małym samolotem. Prezydent Gruzji przyleciał z Ameryki, z której nie mógł wydobyć się Obama grający w czasie pogrzebu w coś tam.

Był za to prezydent Rosji. Czy Polska jest bezpieczniejsza po Smoleńsku 2010 roku bardziej niż wtedy po Gibraltarze roku 1943, Polska w zakresie  wolności gospodarczej wyprzedzona przez Rwandę, a w standardach demokracji przez Jamajkę? Z takiej Polski można się śmiać, można ją obrażać i można z niej szydzić. Można też kolejny raz sprzedać.

Powyższa refleksja zrodziła się na bazie „afery” z niemieckim filmem „Nasze matki, nasi ojcowie”. Zarzucono mu wybielanie Niemców i tradycyjne już  pokazywanie Polaków w czarnych barwach. Historię można zagmatwać. Można poprzestawiać akcenty, uwypuklić  margines, nagłośnić, polać sosem demagogii bez liczenia się z faktami i warsztatem naukowym. Jan Tomasz Gross jest tego modelowym przykładem. Można więc użalać się nad „wypędzonymi”, zburzonymi miastami i utraconym terytorium, można budować narrację o bezimiennych „nazistach”, można starać się zapomnieć o wiwatujących na cześć Fuehrera milionach, można całą wojnę sprowadzić do samego tylko Holocaustu. Można nawet doczekać w Warszawie „bananowych” władz, które będą kompletnie nie rozumieć wagi toczonego dziś sporu i wyrugują historię ze szkoły, jak gdyby chciały by nie wyrosło kolejne pokolenie Kolumbów. Tylko, że jesteśmy jeszcze my. Miliony ludzi, owa „milcząca większość”. Naszą jest rzeczą przypominać, kto był kim w ostatniej wojnie i kto kogo ma prawo pouczać. Trzeba przypominać że to „ich  ojcowie” byli bezwzględni i okrutni do tego stopnia, że żadne słowo tego nie odda. To oni palili żywcem polskie, białoruskie i rosyjskie  wsie, rozstrzeliwali na oczach rodziców ich małe dzieci, rabowali i niszczyli. Nie pozwólmy im tego zapomnieć, skoro pycha i stara pruska buta znowu zdaje się brać górę.

Od zachodnich polityków żądajmy nieco pokory i tego, by nie bawili się kolejny raz naszym kosztem. Toczy się dziś bezpardonowa wojna o pamięć, wojna w której nie mamy sojuszników, skoro nawet następca Roosevelta „przejęzycza się” i mówi o „polskich obozach”.  Możemy postawić tamę cynicznym grom. Potrzeba do tego z naszej strony ogromu pracy pozytywnej, pracy nad sobą, kształtowania postaw patriotycznych i moralnych, ochrony rodziny i jej praw, w oparciu o tradycyjne wartości, które tyle razy zdały egzamin. Potrzeba też współdziałania narodów naszego regionu, które tak często były przedmiotem cynicznych gier.

To będzie wypełnieniem testamentu tych, którzy zginęli w  Katyniu w 1940 roku i tych którzy lecieli ich uczcić. Rodzi się dziś wiele inicjatyw, mamy mnóstwo wspaniałej, ideowej młodzieży, trzeba jej pomóc zamiast przyjmować wygodną rolę obserwatora i komentatora rzeczywistości. Historia nie  musi się powtarzać. Ofiary złożone w szlachetnej sprawie nie idą na marne. One poruszają i zarażają swoim duchem, budzą i przywracają wiarę, mają też swoją wagę w Niebiosach. Musimy pamiętać, że bycie wolnym nie jest przywilejem a prawem. Wtedy Katyń i Smoleńsk nas wyzwolą wbrew rodzimym i obcym prześmiewcom. Chyba, że uznamy że istotnie wystarczy nam przysłowiowa już, ciepła woda w kranie. Tylko, że i jej kiedyś w końcu może zabraknąć. A Reiner i spółka?  Póki co, nadal mają się dobrze. Warto więc popsuć im humor.

Autor: ks. Dr Franciszek Gomułczak SAC

Wykładowca historii Kościoła w Wyższym Seminarium Duchownym w Ołtarzewie. Misjonarz i rekolekcjonista.