Dzicz azjatycka, czyli rzecz o grunwaldzkiej wiktorii i nie tylko

Dzicz azjatycka, czyli rzecz o grunwaldzkiej wiktorii i nie tylko

1227
0
UDOSTĘPNIJ

Idąc za trafną myślą ks. dr Franciszka Gomułczaka że „Grzechem naszych czasów jest częsty brak refleksji; wielu ludzi, niestety, pozwala by inni za nich myśleli i decydowali co jest dobre, modne a co nie warte uwagi. Trzeba rozbijać tę skorupę i uczyć się pływać pod prąd, bo niekiedy bywa to koniecznością. Własne zdanie to skarb, ale czasem także obraza dla wielkich tego świata i dla tych którzy za wielkich się mają.” Prezentujemy w całości refleksyjne rozważania Księdza Doktora, abyśmy wziąwszy sobie te napomnienia do serca grzechu zaniedbania w samodzielnym myśleniu nie popełniali.

Nie warto w dzisiejszych czasach się wypowiadać jeśli człowiek chce mieć „święty spokój”. Żyjemy bowiem w epoce, w której wszyscy na wszystkim się znają. Ileż to dobrych rad z dziedziny medycyny można otrzymać od osób życzliwych jeśli na przykład wspomnimy tylko o jakiejś swojej dolegliwości czy chorobie; to samo dotyczy także chociażby ekonomii. Jesteśmy narodem fachowców, historii nie wyłączając: jedno wydarzenie rodzi mnóstwo interpretacji, z których każda rości sobie prawo do wyłączności.

Zresztą o czym by dziś nie wspomnieć, zawsze pewne jest jedno: dosyć łatwo można się narazić na zarzut „mieszania się do polityki”, tak jakby skądinąd mieszać się do niej nie było wolno. Słowo „mieszać się” sugeruje, że polityka nie dla wszystkich jest. Niekiedy nawet wbrew własnym intencjom można o „mieszanie się” być posądzonym, zwłaszcza jeśli jest się księdzem. Powie człowiek, że boli go serce, ale nie leczy się gdyż czekać trzeba x miesięcy w kolejce bo służba zdrowia niewydolna, już wmieszał się w politykę bo krytykuje rząd, szepnie że to skandal, iż młodzi muszą wyjeżdżać za pracą w obce kraje, znowu polityka, wyrazi swoje zdanie o Smoleńsku – też. Nawet głoszenie przykazań Bożych z ambony może być już „polityczne” bo np. gdy aborcją zajmuje się Sejm, to ksiądz już nie powinien, jako że ma jednoczyć a nie dzielić, co zresztą nie do końca jest prawdą, gdyż i Pan przyszedł poróżnić teściową z synową, ojca z dziećmi, itd. Bo to akurat prawda jednoczy i wyzwala, dzieli zaś miłość do fałszu, która bywa „miła”, bo nie wymaga wysiłku przemiany i rewidowania własnej postawy. Prawda musi być jednak ślepa, zwłaszcza na polityków.

Trudno przebija się argument, że kapłan ma głosić Boże słowo, które przecież odnosi się do spraw tego świata i ma owe sprawy oceniać od strony moralnej, wskazywać drogi wyjścia. Kłamstwo albo nieuczciwość muszą być nazwane po imieniu, a że akurat konkretne słowa odnoszą się do jakiejś instytucji, partii czy człowieka, to już nie wina księdza a raczej owych podmiotów i ich rzeczą jest sprawić by się do nich nie odnosiły. Łatwiej jednak obwinić kogoś o „mieszanie się” do polityki niż się zmienić, albo zweryfikować swoje patrzenie na świat, tym bardziej, że bywamy dziś bardzo wygodniccy w swoich czterech ścianach i nie lubimy naruszania naszego „świętego spokoju”. Pisanie historii siłą rzeczy także jest „politykowaniem”, ponieważ pewnych odniesień, porównań ominąć się nie da. Tak naprawdę wszyscy po trochę jesteśmy politykami, bo sfera troski o dobro wspólne nikomu nie może być obojętna. Inna sprawa, jeśli kapłan z ambony agituje za konkretną partią, ale wtedy to już nie polityka tylko politykierstwo. – A jeśli przypomina, że katolik powinien głosować na ludzi gwarantujących szacunek dla chrześcijańskiego systemu wartości..? Politykuje czy nie? Chyba jednak, nie. Wypełnia tylko swoją kapłańską powinność by warunki doczesne ułatwiały a nie utrudniały człowiekowi zbawienie. A swoją drogą ciekaw jestem jaką motywację ma człowiek wierzący głosujący na program walki z Bożymi przykazaniami.

Ciekaw też jestem niezmiernie jak czułby się w naszych warunkach na przykład ks. Piotr Skarga. W kazaniach nie oszczędzał nikogo, ale król nie rugał go w zakrystii. A co byłoby dziś? ( I znowu politykuję, ech!). A czy pisanie o tak przyziemnych sprawach w tak poważnym periodyku jak „Apostoł”, w dodatku w sposób trochę ironiczno-polemiczny, czy jak go tam nazwać przystoi, czy nie? Gdybym osobiście sądził, że nie przystoi, to nie podjąłbym się tego zadania. Miłosierdzie Boże dotyka przecież wszystkich naszych trudnych spraw, ludzkiego grzechu w każdej postaci. Kłamstwo, manipulacja to wielki grzech wynikający z braku szacunku dla osoby adresata. Jeśli więc tych parę słów na końcowych stronach pisma pomoże komuś, albo zainspiruje, czasem nawet zirytuje i pobudzi do poszukiwań, albo zbuduje to można uważać, że spełniły one swoje zadanie. Grzechem naszych czasów jest częsty brak refleksji; wielu ludzi, niestety, pozwala by inni za nich myśleli i decydowali co jest dobre, modne a co nie warte uwagi. Trzeba rozbijać tę skorupę i uczyć się pływać pod prąd, bo niekiedy bywa to koniecznością. Własne zdanie to skarb, ale czasem także obraza dla wielkich tego świata i dla tych którzy za wielkich się mają. Tak więc zabieram się znowu do czasów minionych świadom, że nie ominę czających się na mnie raf. W gorące lipcowe dni rafy kojarzą się zresztą raczej z koralami i przyjemnym wypoczynkiem niż z niebezpieczeństwem. Ale do rzeczy, bo już tyle przeznaczonych mi znaków wykorzystałem a o tytułowej dziczy jeszcze ani słowa. O jaką więc dzicz idzie? Ano, po kolei.

Lat temu parę w lipcowy upał, zakorkowały się nam drogi wiodące ku Tannenbergowi. Zewsząd ciągnęły tam sznury aut, tylko po to czy aż po to, by ich właściciele  mogli nasycić oczy zmaganiem jakie podjęły grupy zapaleńców chcących odtworzyć słynną bitwę jaka 600 lat wcześniej rozegrała się na polach Grunwaldu, który Litwini ochrzcili mianem Żalgirisu, sobie przy tym przypisując zwycięstwo nad teutońskim smokiem (porażka pozostałaby zapewne bitwą pod Grunwaldem z którą oni nie mieli nic wspólnego). Jednak mnóstwo ludzi spragnionych historycznych doznań nie doświadczyło tej przyjemności zaparkowawszy z konieczności w korku o parę kilometrów za daleko. Było z tego powodu wiele frustracji, zawodu i trochę biadolenia w prasie. Czy ta sytuacja była do uniknięcia? Chyba tak, gdyby nie…, nie – gdyby zdążono na czas z autostradami i drogami szybkiego ruchu! (znowu polityka). Pomyślałem o czym innym.

Pomyślałem, że rzecz miałaby się zgoła inaczej gdyby to onegdaj właśnie dzielni krzyżowi rycerze oną bitwę wygrali. Bo wtedy na pewno ku Tannebergowi wiodłyby przestronne autostrady, wokół pobojowiska mielibyśmy wygodne trybuny na które ciągnęliby zewsząd potomkowie pobitych Mazowszan, Polan, Litwinów tudzież innych nacji, wdzięczni dzielnemu rycerstwu za przyniesiony znicz zachodniej cywilizacji. Tych potomków pobitych nacji byłoby zapewne niewielu, o ile przybyliby w ogóle nie podzieliwszy wcześniej losu Prusów czy Jadźwingów. Ich gniezna zająłby kwiat zachodniego rycerstwa i niemieccy osadnicy a kultura zachodnia rozkwitłaby na całego. Dziś Imperium Teutońskie rozciągałoby się co najmniej po Ural, pełne ludnych miast i zasobnych wsi, bogate i potężne. Jego obywatele dziękowaliby losowi za to, że 600 lat temu udało się położyć kres istnieniu prymitywnej słowiańskiej nacji.  Podziwiano by murowane grody Zakonu i dla kontrastu prymitywne grodziszcza pobitych. I co raz jeżdżono by pod Grunwald aby nasycić oczy widokiem zdarzenia, które dało początek tak szczęśliwej epoce.

Tymczasem los spłatał figla żelaznym rycerzom i oto teraz w konsekwencji tłoczą się ludziska na wąskich i dziurawych drogach i narzekają wcale nie po niemiecku. Taki oto skutek wywołała Jagiełłowa wiktoria. Nie dziwią mnie przeto słowa Profesora Uniwersytetu leżącego na ziemi Zakonowi wydartej, który miał swego czasu odwagę nazwać rzecz po imieniu, a mianowicie że pod Grunwaldem starła się cywilizacja europejska i dzicz ze wschodu, w tym i nasi praojcowie rzecz jasna. Nie ukrywam, że to właśnie ta złota i wiekopomna myśl „Autorytetu” sprowokowała mnie do takiej a nie innej formy niniejszego artykułu. Otóż „dzicz” jakimś trafem nie poddała się urokowi „europejskiej cywilizacji” i trochę porachowała jej kości. Chciała być wolna, mieć własne państwo i swoje prawa – i tak jej zostało. Mimo późniejszych rozbiorów, „perswazji”, kulturkampfów i „wieszatieli” wszelakich, „dzicz” uparła się pozostać sobą. Nie zdołały jej przekonać nawet zagony stalowych tygrysów i panter, ani klucze messerschmittów przyodziane tym samym złowieszczym i wobec Boga bluźnierczo brzmiącym znakiem co wcześniej płaszcze Zakonu; nie wymroziły też jej uporu syberyjskie mrozy…

Niekiedy jednak „dzicz” stawała się mniej dzika na tle innej, bardziej dzikiej i niestety prawdziwej dziczy. Mam na myśli drugą dekadę sierpnia 1920 roku. Wyobraźmy sobie, że nadwiślańska „dzicz”, tak niedoceniana przez Pana Profesora, przegrała to starcie. Jakimi to drogami jeździliby dzisiaj synowie i córy „europejskiej cywilizacji”? Osobiście nie wiem jakimi drogami by jeździli, ale wiem, że nosiliby czerwone krawaty i składali kwiaty przy mauzoleum swojego Ukochanego Przywódcy. Ale też, powie Profesor – nie byłoby zagrożenia ze strony Ukochanego Przywódcy, gdyby wcześniej „dzicz” nie wygrała pod Grunwaldem. Koło się zamyka. Znowu jesteśmy wszystkiemu winni (no, może z wyjątkiem burz słonecznych). Dziś „cywilizacja europejska” znowu próbuje nas ucywilizować a potomkowie jej forpoczty zza Odry coraz głośniej mówią o krzywdach jakich po tej jej stronie doznali. Niewiniątka.

Wspomniany tu „Autorytet” nie jest samotnym jeźdźcem. Kampania obrzydzania nas sobie samym trwa bowiem w najlepsze i ma wielu dzielnych rycerzy. Jesteśmy przeto współwinni Holocaustu i to do tego stopnia, że nie wiadomo już kto bardziej, w sytuacji gdy swój antysemityzm wyssaliśmy z mlekiem matki jak raczył był stwierdzić swego czasu wysoki urzędnik pewnego państwa. To ten antysemityzm sprawił, że uciekali do nas Żydzi z całej Europy, tam prześladowani i gnębieni. Gdybyśmy więc ich przewrotnie do siebie nie ściągali poprzez wieki, to nie byłoby potem Holocaustu, nieprawdaż? Winni jesteśmy też wybuchu wojny w 1939 roku bośmy się zbroili, jak raczył zauważyć inny Pan mający swoje siedliszcze na ziemi połabskich Słowian – i miłujący pokój Fuehrer musiał nas zaatakować; winniśmy nadto wszelkiej nietolerancji, bo przez to, że wojny religijne nie toczyły się u nas musiały toczyć się na ziemiach „europejskich” znanych dziś przecie z wszelakiej tolerancji. Winni jesteśmy też sami sobie, że uwierzyliśmy w potęgę francuskiej armii i brytyjskiej floty, w honor i niesprzedajność sojuszników. Gdyby nie nasza naiwna wiara w to, że pacta sunt servanda, wysłalibyśmy w 1943 roku szpiegów do Teheranu, aby dowiedzieć się o czym to trzej mocno starsi panowie deliberują w naszym imieniu. Można by im było wtedy przypomnieć, że to my byliśmy napadnięci i podpowiedzieć, że równie dobrze  co Wilnem i Lwowem mogą udobruchać swojego wąsatego kolegę Manchesterem i Liverpoolem a na otarcie łez dorzucić Alaskę.

Festiwal win trwa. Mamy się wstydzić swojej historii (ministerstwo uwolni nas od tego wstydu gdy przestaniemy jej uczyć), katolicyzmu, rumienić się nam trzeba za własną ksenofobię i nieeuropejskość, a lewackie bojówki z Herrenvolku winniśmy powitać 11 listopada na ulicach Warszawy chlebem i solą, i w ogóle zakazać marszu wszelakich grup rekonstrukcyjnych w historycznych strojach bo działa to źle na naszych „gości” i ich komunistycznych braci u nas. Wtedy może będzie nam wybaczone. Można by też generalnie wyrzec się polskości jak zaproponował to swego czasu szef trzeciej siły sejmowej. To już byłyby Himalaje szczęścia. Trzeba przy tym brać przykład z Europy. Niemcy na przykład manifestują jak bardzo siebie nie lubią wywieszając w ogródkach swoje flagi i budując muzea, aby jeszcze bardziej siebie sobie obrzydzić. Francuzi też. Nie bądźmy więc gorsi. Brzydźmy się wszystkim co choćby pachnie polskością, tropmy ją i demaskujmy. Niech nas naucza dalej wielki Nadredaktor i Nadautorytet. Niech tropi faszystów, oszołomów i ksenofobów i niech sprawi, by „cywilizacja europejska” poklepała nas po plecach. Wszystkich. I aby wreszcie po tysiącu z górą lat uznała nas za „nie-dzicz”. Będziemy wreszcie europejscy. Jasną Górę otoczy się murem (by nie naruszała świeckości przestrzeni), Wawel zakryjemy bannerami itd.

Właściwie można by na tym poprzestać. Tylko, że wówczas może powstać wrażenie (mylne), że chodzi o zwykłe polityczne właśnie przepychanki, o kolejną wizję rzeczywistości z których każda ma swoje wady i zalety. Może zabrzmi to patetycznie, ale tak naprawdę cały czas chodzi jednak o miejsce szeroko rozumianej prawdy w naszej współczesności, także o wagę słowa jako takiego. Polecam w tym miejscu głęboką i piękną homilię bł. Jan Pawła II wygłoszoną w 1991 roku w Olsztynie. Papież przypomina tam, że słowo choć wypowiadane w warunkach wolności może nie być wolne, może być spętane różnymi uwarunkowaniami, nawet prawda może być użyta, aby uprawomocnić nieprawdę. Winni tę homilię przyswoić sobie prezenterzy programów informacyjnych telewizji publicznej i komercyjnych, ich szefowie i szefowie tych szefów, twórcy miernych kabaretów lansowanych na ekranie, ministrowie, itp. Problem w tym, że tego nie zrobią. Manipulacja i indoktrynacja, brak szacunku dla prawdy, także historycznej przynieść może opłakane skutki. „Polskę szczególnie umiłowałem. Jeżeli będzie mi wierna wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście moje”. To słowa Pana Jezusa wypowiedziane do św. Faustyny.

Warto zadać sobie pytanie: a co będzie jeśli owa wierność stanie się czasem przeszłym, jeśli pozwolimy rozsiewać ziarno niewierności na różnych polach, bo damy sobie wmówić, że w imię bożka tolerancji należy przyzwalać na wszystko? Co wtedy? „Stać” nas będzie na nowy Grunwald, nowego Skargę i nowych Szopenów?

Autor: ks. Dr Franciszek Gomułczak

Wykładowca historii Kościoła w Wyższym Seminarium Duchownym w Ołtarzewie. Misjonarz i rekolekcjonista.