Dom, ile to słowo znaczy

Dom, ile to słowo znaczy

1597
0
UDOSTĘPNIJ

Zwykle na codzień nie zastanawiamy się nad tym ile w naszym życiu znaczy dom – on po prostu jest i jest dla nas jak powietrze. W codziennym zabieganiu nawet nie zdajemy sobie spawy, że mogłoby go nie być.

Może najbardziej choć przykro zdają sobie z tego sprawę ci co go stracą – bezdomni? Ale czy tylko chodzi tu o nasz dom do mieszkania – spania jedzenia i bytowania, bez którego nie wyobrażamy sobie życia? A może jego zakres jest szerszy niż myślimy…

Tak bliskie pojęcie i znaczenie jakim jest dom przypomni nam w swoim referacie ks. dr  Franciszek Gomułczak, któremu z wielkim szacunkiem udostępniamy nasze łamy i dziękujemy za wyjątkowo lekkie pióro w przekazie sakralno-filozoficznych pojęć zrozumiałych też dla „maluczkich”.

Dom w Kulturze i tradycji polskiej i chrześcijańskiej

  1. Pojęcie kultury, tradycji i domu.

Najpierw wypada przyjrzeć się znaczeniu samego pojęcia „domu” w naszej kulturze i tradycji. To samo dotyczy także innych tytułowych członów niniejszego referatu: definicji kultury oraz tradycji. Definicji polskości rozwijać chyba nie trzeba, chociaż niejako przy okazji konieczne będzie pewne odniesienie się do tego problemu: polskość jako sposób na życie, czy raczej jako swego rodzaju „nienormalność”, jak w pewnym kontekście sugerowała to znana osobistość naszych czasów. To samo dotyczy także potrzeby odniesienia się do chrześcijaństwa jako takiego.

Zacznijmy od kultury. Samo pojęcie wywodzi się od łacińskiego słowa colere i odnoszone jest do uprawiania, pielęgnowania czegoś. Zawiera ono w sobie „całokształt materialnego i duchowego dorobku ludzkości, wynik twórczej działalności człowieka, oraz zespół wartości, norm i zasad obowiązujących w danej zbiorowości./…/ Zakres pojęcia kultury obejmuje naukę, sztukę, filozofię, tradycję, postawy duchowe”. Tak najogólniej możemy określić pojęciowe znaczenie słowa „kultura”. A tradycja? Tradycja to z kolei „przekaz dziedzictwa historycznego, zespół nieosobistych (intencjonalnych) myśli, przekonań, działań, propozycji, skojarzeń, które je utrzymują, nacechowanych pozytywnymi emocjami oraz obdarzanych szacunkiem a nawet czcią”.

Co wspólnego ma z tymi pojęciami dom? Od strony czysto technicznej jest związany z rozwojem cywilizacji, gdyż z biegiem czasu pojawiały się jego coraz to nowsze, ulepszone formy. Dom, „w porównaniu z namiotem jest mocną trwałą budowlą, mieszkaniem, albo miejscem gromadzenia się  ludzi osiadłych. Pojęcia domu używa się także w sensie przenośnym na określenie wszystkiego co się w domu znajduje, jego mieszkańców, rodziny i pokolenia (por. 2 Sm 7,25; Ps. 135,19) a następnie na określenie ciała jako mieszkania duszy (Hi 4,19; 2 Kor 5,1;), świętej gminy Kościoła (1 P 2,5; Ef 2,20) i nieba, wiecznego domu świętych, ponieważ Zbawiciel powiedział „w domu Ojca mego jest mieszkań wiele”(J, 14,2)”.  Często spotykamy się także z określeniem świątyni jako Domu Bożego, a więc miejsca szczególnej obecności Boga. Maryja nazwana jest w litanii loretańskiej Domem Złotym, ponieważ nosiła w swym dziewiczym łonie Zbawiciela.

W znaczeniu szerszym pojęcie domu zawiera w sobie także zamieszkującą budynek rodzinę, przez co dom jest czymś więcej niż samą tylko budowlą. Przykład tego mamy już w Dziejach Apostolskich, gdzie czytamy o chrzcie najbliższych setnika Korneliusza i jego samego, którego wcześniej Autor natchniony określa jako bojącego się Boga „wraz z całym swym domem”. Istnieje także biblijne określenie grobu jako domu na wieczność (Koh 12,5). Pojęcie domu zawiera więc w sobie cały ładunek znaczeń pozytywnych od miejsca chroniącego przed uwarunkowaniami pogody, dającego poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa po rzeczywistość duchową zapewniającą trwałość więzów rodzinnych, umożliwiającą wszechstronny rozwój człowieka i przekazywanie dorobku materialno duchowego następnym pokoleniom. Można powiedzieć, że dom jest synonimem pozytywnych wartości zapewniających człowiekowi szczęśliwą egzystencję i rozwój tak w wymiarze jednostkowym jak i społecznym. Oczywiście nie zajmujemy się w tym miejscu wszelkiego rodzaju patologią, ale tym co powinno stanowić istotę rzeczy.

  1. Dom jako pojęcie  kulturowe i kulturotwórcze.

Dom można więc nazwać pewnym obszarem w którym dokonuje się wzrastanie człowieka do pełni człowieczeństwa i swej ludzkiej godności, w wymiarze tak materialnym jak i duchowym (kulturowym) i religijnym. W nim kształtuje się osobowość człowieka, dojrzałość i umiejętność poruszania się w sferze życia społecznego. Dla chrześcijanina dom ziemski jest tylko przystanią w drodze do Domu Ojca. Pojęcia „domu” nie można więc ograniczać jedynie do miejsca, do którego człowiek wraca po to tylko, by odpocząć po pracy, spożyć posiłek i skorzystać ze snu, choć i tak bywa. Nieraz ludzie, także młodzi skarżą się „mam mieszkanie, nie mam domu, nasz dom stał się hotelem, a sposobem komunikowania się stała się kartka przylepiana na lodówce, bo tam zajrzy każdy”. Posiadanie „swego pokoju” skądinąd cenne staje się często swoistym przekleństwem, skutecznie atomizując i dezintegrując rodzinę jako „dom”.

A to przecież rodzina ma tworzyć ów „dom”, i to ona stanowi o istnieniu „domu”, który staje się niezastąpionym środowiskiem wzrastania człowieka we wszelkich jego wymiarach jak i miejscem tworzenia i przekazywania szeroko rozumianej kultury. Na kulturę każdego społeczeństwa składają się trzy podstawowe elementy:

  1.  wartości oraz idee,
  2.  zachowania, które są realizacją określonego wzoru

zachowań, za którym stoją konkretne normy i wartości

skłaniające jednostkę do takiego a nie innego zachowania,

  1.  wytwory, które są efektem realizowania i utrwalania

określonych wartości, idei i zachowań.

Rdzeniem każdej kultury są idee, wartości i normy. Ponieważ są one niematerialnej natury, wyraża się je poprzez znak, którym jest pewne zachowanie lub przedmiot. Powiązanie znaku z ideą, wartością dokonuje się zawsze w grupie, która określa ich znaczenie. Przez to wywołuje identyczne zachowania, reakcję. Znaczenie zachowań i przedmiotów przekazuje się z pokolenia na pokolenie. Dokonuje się przez to międzyosobowa komunikacja, bezpośrednia – przez słowa i gest, i pośrednia – np. przez budowle, pomniki. W komunikacji bezpośredniej można wszystko przekazać lepiej, wszechstronniej, i w pełniejszy sposób ukazać normy, wartości, sposób ich realizacji. Może to wywołać silne przeżycia emocjonalne, które wzmacniają przyjęcie wartości. Tego typu komunikacja najskuteczniej odbywa się w mniejszych grupach, a szczególnie w rodzinie. To właśnie w rodzinie dokonuje się tworzenie i komunikowanie znaczeń, w niej tworzy się kultura i dokonuje się przekaz kultury już istniejącej. Rodzina stanowi pomost dla kultury narodowej i ogólnej, a w razie potrzeby jest schronieniem dla niej .

Chrześcijaństwo generalnie docenia rolę rodziny, widzi jej niezbędność w całym procesie cywilizacyjnego rozwoju, także jako zabezpieczenie przed omnipotencją państwa, czy różnymi obcymi danej kulturze prądami ideologicznymi. Rodzina staje się w takiej sytuacji schronieniem, miejscem dającym poczucie bezpieczeństwa. Trudno więc za roztropnych uznać ludzi, którzy nie doceniają, bądź wręcz kwestionują rolę „rodziny-domu”. W grę może tu wchodzić niekompetencja, brak zrozumienia zasad i celowości życia społecznego, bądź zwykła niedojrzałość i nieodpowiedzialność, albo wręcz zła wola. Rozbicie rodziny, deprecjonowanie jej znaczenia, próby zastępowania jej przez państwo, czy podporządkowane mu agendy, co ma miejsce w wielu krajach, nieuchronnie prowadzić musi do dezintegracji  w sferze wartości, sprzyja też nasilaniu się zjawiska atomizacji i anonimowości na wielu polach.

Znamy przypadek chociażby Szwecji, gdzie ingerencja państwa w życie rodziny jest przeogromna, a odniesienie do wartości chrześcijańskich w kraju w którym luteranizm jest lub był oficjalną religią państwową, nikłe, by nie powiedzieć, że żadne. Podobnie możemy wskazać na przykład Hiszpanii. Tam pojęcie ojca, matki i rodziny w sposób bardzo jaskrawy stało się płynne. Ten stan rzeczy aprobują w sposób czynny, niestety, także niektóre eklezjalne wspólnoty protestanckie. Państwo w sposób świadomy czy nie, próbuje ingerować w spoistość rodziny i narzucać jej wartości dotąd jej nieznane, także poprzez propagandę i nacisk administracyjny. Tego typu zakusy daje się zauważyć także na gruncie polskim. Niewykluczony jest tu aspekt nacisku z zewnątrz. Nauka katolicka podkreśla jednak bezwzględne pierwszeństwo rodziny i jej prawo do decydowania o kształcie „domu”, tego w wymiarze rodzinnym jak i narodowym.

  1. Rodzina – dom jako źródło więzi wspólnotowych i narodowych

Oczywiście, rodzina współtworzy nowe i kultywuje otrzymane w spadku wartości, ale też i sama we własnym kręgu tworzy swoją specyfikę, odróżniającą ją od innych. Stare fotografie, pamiątki, meble, opowieści przekazywane z pokolenia na pokolenie, wpływają na sposób widzenia aktualnej rzeczywistości i kształtują pewne wzorce zachowań. Żadna rodzina nie istnieje jednak niezależnie od siebie, owszem tworzy liczny system powiązań wynikających z pokrewieństwa, sąsiedztwa, a także wspólnoty losów tak na szczeblu lokalnym jak i szerszym, narodowym. Naród jak mówił w Warszawie na placu Zwycięstwa w czerwcu 1979 roku bł. Jan Paweł II to wspólnota „szczególna, najmocniej chyba związana z rodziną”. Naród to także wspólnota losu, wydarzeń dziejowych, tworzonej kultury, języka,  wspólnych wartości, których trzeba nieraz bronić za cenę życia. Wszystko to umacnia więzi wspólnotowe i sprawia, że zaczynamy mówić o „domu ojczystym”, czy ojczyźnie, którą jak to często podkreślał Prymas Tysiąclecia, kard. Stefan Wyszyński, zamieszkuje naród – „rodzina rodzin” – świadomy swej tożsamości, dumny swoimi dokonaniami, manifestujący wspólnotową więź przy różnych okazjach. Jest wiele zewnętrznych oznak dających doświadczenie istnienia wspólnoty, z nich najdobitniejszymi są bez wątpienia godło i hymn.

Wspólnota ojczystego domu tworzyła się na przestrzeni dziejów przybierając obecny kształt. Ten „ojczysty dom” to jednak nie tylko wytwór ludzkiego trudu i zabiegów czy różnych procesów dziejowych. „Ojczysty dom to istny raj, dar Ojca Niebieskiego”, jak głosi znana pieśń patriotyczna. Może dlatego, przy licznych swych niepodległościowych zrywach Polacy zwracali się także ku niebiosom z wołaniem: „Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie”. Było to wołanie o „dom”. Jan Kochanowski zwracał się do Boga:

Panie to moja praca, a zdarzenie Twoje Raczyż błogosławieństwo dać do końca swoje! Inszy niechaj pałace marmurowe mają I szczerym złotogłowem ściany obijają Ja Panie niechaj mieszkam w tym gnieździe ojczystym A ty mnie zdrowiem opatrz i sumnieniem czystym…” .

Ta wspólnota ojczystego domu, jak już wspomniałem, rodziła się na przestrzeni dziejów począwszy od szczebla lokalnego, który był jej współtwórcą, a w razie potrzeby także stróżem i obrońcą. Charakterystycznym tego przykładem jest staropolski „zaścianek”. Dzisiaj słowo „zaściankowy” bywa używane w ujęciu pejoratywnym, najczęściej przez ludzi nie do końca zorientowanych co do jego prawdziwego znaczenia i pochodzenia. Zaścianek to „w dawnej Polsce wieś zamieszkana przez ubogą pozbawioną poddanych   szlachtę, zwaną zaściankową lub okoliczną. Zaścianki najczęściej występowały na Mazowszu, Podlasiu i ziemi łukowskiej, także w ziemi chełmińskiej, od XVI wieku liczne na Rusi Czerwonej, po unii lubelskiej 1569 – na wileńszczyźnie, nowogródczyźnie, kijowszczyźnie. W zaściankach na ogół nie było gospodarstw chłopskich ani większych majątków szlacheckich. Od wsi chłopskich różniły się zabudową (dworki), oraz szczególnym klimatem kulturowym będącym rezultatem silnego akcentowania przez ich mieszkańców przynależności do szlachty, a później – nawet do 2 poł. XX wieku – swego szlacheckiego pochodzenia” .   Szlachta zaściankowa była dość liczna. Jak podaje za J. Lelewelem jeden z autorów, „w obojej Polszcze nie brakowało wtedy dobrej i bitnej szlachty, ale żadna mnogość nie mogła iść w porównanie z rojowiskiem szlachty mazowieckiej. Jest podobieństwem, że trzecia część ludności mazowieckiej w czasie wcielenia do Korony była szlachecka”.  To ta szlachta od XV wieku zasiedlała spustoszone tereny Podlasia, Litwy, Ukrainy i Podola . Typowy zaścianek to „większy kompleks rolny, podzielony na gospodarstwa indywidualne, zajęty przez członków jednego rodu, herbu i nazwiska. Gdy był zasiedlony między osadników szlacheckich różnych rodów (nazwisk) wtedy był okolicą .

Te środowiska złączone więzami krwi, pochodzenia, warunków i wszelakich niebezpieczeństw umacniały swoją wewnętrzną spoistość. Zamieszkiwała je ludność nastawiona patriotycznie i gotowa do poświęceń. W czasach niewoli stała się „rezerwuarem patriotyzmu” a przez to i obiektem zaciekłych prześladowań z obracaniem w stan chłopski czy wysiedleniami włącznie. Z czasem stała się pomostem pomiędzy stanem chłopskim a stanami wyższymi. Według Lelewela była też rozsadnikiem świadomości narodowej na stan chłopski. Tak oto zaścianek stał się swego rodzaju twierdzą, przestrzenią ochronną dla tradycji kultury, języka i obyczaju. To tam „matki, żony w mrocznych izbach wyszywały na sztandarach, hasło Honor i Ojczyzna i ruszała w pole wiara”. Dlatego autor wstępu do „Pana Tadeusza” wyczuwa  w zaścianku jakby „szum Ojczyzny”. To na ścianach mickiewiczowskiego dworku „wisi” ojczysta historia: Kościuszko składający przysięgę, Rejtan, czy stary zegar, który pociągnięty za sznurek wydaje dźwięki Mazurka Dąbrowskiego.Ta szeroko rozumiana kultura szlachecka była przez wieki dominującą w kulturze polskiej. Ciekawe, że Sienkiewicz „krzepił serca” i budził świadomość narodową właśnie przez odwołanie się do kultury szlacheckiej, która w takim czy innym stopniu przyjęła się we wszystkich warstwach. W ten sposób dzieje pojedynczych domów, połączone wspólnotą lokalnych czy regionalnych losów łączyły się w jeden wspólny los narodowy wykuwający nasz charakter, temperament, czy gusta. Wszystko to było możliwe, dzięki wewnętrznej spójności poszczególnych rodzin, ich troski o to wszystko co przekazały poprzednie pokolenia jak i docenianiu tego co było własne, choć już i wtedy nie brakło głosu, że „co Francuz wymyśli to Polak polubi”.

Oczywiście nie można nie doceniać też całej kultury szlachecko – ziemiańskiej i jej szacunku dla tradycji. Dwory magnackie pełniły w XVI i XVII wieku funkcję szkoły życia publicznego dla młodzieży szlacheckiej, były też ośrodkami lokalnej kultury, informacji i polityki .  Jak pisze o dworze jeden z autorów: „ Tam  wśród starych portretów, starych mebli i pamiątek przechodzących z pokolenia na pokolenie, zawiązywały się cudowne nici tradycji, pielęgnował się zwyczaj i obyczaj polski i budowała się niepostrzeżenie ta twierdza niezdobyta  o której tak pięknie pisał Sienkiewicz, że nieprzyjaciel, który postanowił zdobyć Polskę, musiał ją zdobywać w każdym domu polskim z osobna./…/ O dom rodzinny rozbijały się jak kra o izbicę rusyfikacyjne wysiłki szkoły. Atmosfera polska tego domu przeciwdziałała tak silnie deprawującemu działaniu szkoły rosyjskiej w Polsce, że młodzież wychowana w tej szkole  nie ulegała jej wpływom w takim stopniu, w jakim uległaby niewątpliwie gdyby nie miała silnego oparcia o kulturę rodzinną”.

To samo można powiedzieć w odniesieniu do zaboru pruskiego, gdzie bardzo wymowny jest przykład dzieci Wrześni walczących o polski pacierz, czy ogólnie Wielkopolski prowadzącej swoją „najdłuższą wojnę w nowoczesnej Europy”, „wojnę” gospodarczą o utrzymanie i pomnażanie tam polskiej własności i polskiego zakorzenienia, wbrew dążeniom zaborczej władzy. To swoiste „powstanie” także miało swoje źródło w rodzinie opartej o własność, tradycję i religię jako spoiwo innych wartości. Emitowany swego czasu wieloodcinkowy serial telewizyjny „Blisko, coraz bliżej” ukazał nam też rolę rodzinnego domu i religii w zachowaniu swej tożsamości przez Śląsk, co musiało nieraz kosztować wiele determinacji i uporu i nie zawsze kończyło się wygraną. Nie sposób też nie wspomnieć kultury ludowej, która czerpała ze szlacheckich wzorców, ale też wytworzyła mnóstwo lokalnych kolorytów, przez co jest „wielogłosowa”. Chłopska izba także była miejscem rodzenia się wzajemnych więzów, spotkań z okazji uroczystości religijnych czy świeckich, rozwoju działalności o charakterze artystycznym, a także zwykłego komunikowania się: „wieczorami przychodzili do nas znajomi. Bywało tak, że przy naftowej lampie zasiądzie na ławie, taboretach i kufrze z dziesięciu chłopów”.

To taka właśnie chłopska izba dała Polsce Wincentego Witosa, dwukrotnego premiera. Cytowany powyżej autor słusznie więc zauważa, że „ bez silnej rodziny, opartej o własne gniazdo kultura narodowa jeżeli nie jest zupełną fikcją, to wisi w powietrzu i łatwo ulega wpływom czynników rozkładowych”, nadto „ bez gniazda nie wytworzymy tradycji, a bez tradycji nie ma i nie może być kultury. W jej przeto obszarze i dla niej budujmy  „dom polski”, któryby mógł w przyszłości spełnić rolę jaka go oczekuje”.

To rodziny, które były domem w pełnym tego słowa znaczeniu dały Polsce i Kościołowi św. Maksymiliana Kolbe, św. Faustynę, czy bł. Jana Pawła II i bł. Jerzego Popiełuszkę, kapłana. To z takich środowisk wyszli ludzie tej miary co arystokrata książę kardynał A. S. Sapieha i robotniczy syn kard. A. Hlond, i syn wiejskiego organisty kard. Stefan Wyszyński czy wreszcie prosta bohaterska rodzina Ulmów z Markowej na Podkarpaciu – i całe zastępy świeckich i duchownych, które zmieniały i zmieniają oblicze tej ziemi, bo rzeczywiście ów przysłowiowy „próg” stawał się dla „obcych” twierdzą nie do przebycia, czego by nie powiedzieć.

  1. Dom – „próg”,  gwarantem ochrony i rozwoju wartości oraz zabezpieczeniem  ludzkiej godności. Dom – Ojczyzna.

Zawsze w rozważaniach dotyczących różnych aspektów doczesności nie wolno nam zapominać, że doczesność jest jedynie chwilowym pobytem „na obczyźnie”, że jesteśmy tu jedynie „przechodniami”. Nie zwalnia nas to oczywiście od twórczej troski o doczesność, ale też każe pamiętać o tym że „wieczność czeka”. Dziś dla wielu celem nadrzędnym są „prawa człowieka” i jeśli nawet są one zaprzeczeniem Ewangelii potrafią wygrać w konfrontacji z nią, wskutek czego Słowo Boże potraktowane bardzo przyziemnie i wygodnie jako „nauka Kościoła” uznane zostaje za nieżyciowe. A przecież to właśnie owe „prawa” są jak najbardziej dosłownie „nieżyciowe”, gdyż to one sprowadzają śmierć, a przynajmniej nie gwarantują szczęśliwej wieczności. Zbyt łatwo dajemy się sprowadzać w dyskusjach na poziom czysto doczesny i wspominanie o jakiejś tam wieczności przychodzi z niemałym trudem.

Dlatego przy wszystkich doczesnych argumentach, obrona „domu” jest także obroną gwarancji, że stwarza się człowiekowi optymalne warunki umożliwiające zbawienie – ostateczne zamieszkanie w Domu Ojca. Pewnie że nie zawsze rodzina spełnia ten warunek, z różnych powodów, o których nie czas teraz wspominać. Generalnie dom ma zabezpieczyć warunki integralnego rozwoju ku pełni człowieczeństwa i ku zbawieniu. Dlatego tak ważne jest owo „chronienie gniazda”, nie tylko od strony negatywnej, pasywnej, ale nade wszystko poprzez umacnianie go w pozytywnym rozwoju i otwartości dzięki której można promieniować swoim systemem wartości. Z „gniazda” rodzinnego winien wychodzić człowiek o ugruntowanej tożsamości, taki, który przyjął i uznał za swoje to co go kształtowało i który nie czuje kompleksów wobec innych postaw, ale potrafi być w pozytywny sposób ekspansywny. To dotyczy także „gniazda” ojczystego, żeby nie było tak, że „co Francuz wymyśli to Polak polubi”. Nie wyklucza to przyjmowania tego co pozytywne i twórcze od innych, ale oznacza także umiejętność obdarowywania otoczenia tym co się posiada pozytywnego w sobie. Smutna jest postawa typu „tam ojczyzna, gdzie chleb”. To postawa człowieka wykorzenionego, który nie ma dokąd wracać, ani z czym się identyfikować. Czy jest to sytuacja na dłuższą metę do zniesienia?

Dlatego nauczanie katolickie tak mocno podkreśla wagę zakotwiczenia człowieka w zdrowej moralnie rodzinie, a rodziny w zdrowym społeczeństwie. I tu najmocniej uwidacznia się rola państwa jako organizacji pomocniczej względem rodziny. Przez swoje zachowania negatywne państwo może się wyalienować od rodziny i wtedy dom ojczysty niekoniecznie musi się z tym państwem utożsamiać a samo państwo może być traktowane jak agresor a przynajmniej jako źródło opresji. Nieudolność władzy państwowej w zapewnieniu ogólnych warunków rozwoju, przejawiająca się poprzez nieudolność ekonomiczną, czy złe ustawodawstwo prowadzi w efekcie do moralnego rozluźnienia i dezintegracji społecznej, skutkującej rozbiciem rodzin, demoralizacją a w dalszej perspektywie także zagrożeniem zbawienia. Wiele tego typu aspektów obserwujemy obecnie w Polsce: bezrobocie, praca ojców czy matek, albo obojga rodziców za granicą, brak prorodzinnej polityki, forsowanie czy przyjmowanie demoralizatorskich ustaw, zamęt pojęciowy dotyczący rodziny, ośmieszanie wielodzietności, wspomniany już nacisk zagranicznych ośrodków wspieranych przez różnorakie lobby (aborcyjne, antykoncepcyjne itp.) sprawiają, że chwieje się „dom” – i ten ojczysty i ten rodzinny, przez co zagrożona jest wspólnota.

Nie umniejszając roli wolnej decyzji człowieka uważam, że w naszych obecnych warunkach, paradoksalnie, to ośrodki decyzyjne sprawujące władzę polityczną są na dłuższą metę, poprzez swój bezwład, niekompetencję i brak jasnej koncepcji opartej na wartościach ewangelicznych, (które konstytuują także szeroko rozumianą kulturę europejską) i narodowej tradycji, zagrożeniem dla przyszłości tak rodzin jak i wspólnoty narodowej. To że coraz więcej dzieci rodzi się w związkach pozamałżeńskich nie jest żadnym wskaźnikiem postępu ani powodem do dumy. Kuriozalna reforma edukacji też nie przyczynia się do ugruntowania własnej tożsamości.

W tej dziwnej i trudnej sytuacji znowu na czoło wysuwa się rola zdrowych pod każdym względem rodzin. A nie jest ich wcale mało. Wystarczy popatrzeć na coroczny marsz rodzin w polskich miastach. Rodzin szczęśliwych nie traktujących potomstwa jako zła koniecznego, nie wstydzących się swego przywiązania do wiary i tradycji. W ciężkich czasach przed ponad stuleciem powtarzano uroczyście słowa M. Konopnickiej, że „twierdzą nam będzie każdy próg”. Dzisiaj w sytuacji odmiennej te słowa wcale nie tracą aktualności. Jedynie ów „próg” – dom, powtórzę, jest gwarancją rozwoju człowieka do pełni człowieczeństwa i pełni dziecięctwa Bożego. Jeżeli tak nie będzie podzielimy los Etrusków, którzy przepadli we mgle dziejów, tak jak przepadł zniszczony przez komunizm świat szlachecki ze swym etosem, świat zaściankowych dworków, nieocenionych dóbr kultury, patriotyzmu – nieraz gwałtownego, świat hetmańskich ryngrafów noszonych na piersi, świat Kresów, a wraz z tym wszystkim ogromna część naszej duszy. Nie dajmy więc sobie zniszczyć tego co nam jeszcze zostało. W ostatecznym razie domem zawsze pozostanie dla nas Kościół, w jego wnętrzu zawsze znajdziemy schronienie aby rozpoczynać pracę od nowa. Z tego też powodu dziś wrogowie pomni na rolę Kościoła-Matki, walkę z Domem zaczynają od walki z Kościołem, byśmy nie mieli już gdzie się schronić. Jakie więc zadanie dla każdego z nas, budowniczych rodzinnego i ojczystego domu?  40 lat temu, w innej sytuacji dawał Polakom program Prymas Tysiąclecia. Jego słowa brzmią jednak jakby były wypowiedziane wczoraj:

Dziś, po dziesięciu wiekach nie możemy rozpocząć budowania w „czystym polu”. Polska bowiem ma wspaniałą przeszłość, ma swoje dzieje, kulturę, literaturę, sztukę, rzeźbę. Musimy więc nieustannie nawiązywać do przeszłości! Naród bez przeszłości jest godny współczucia. Naród, który nie może nawiązać do dziejów, który nie może wypowiedzieć się zgodnie  ze swoją własną duchowością – jest narodem niewolniczym. Naród który odcina się od historii, który się jej wstydzi, który wychowuje młode pokolenie bez powiązań historycznych – to naród renegatów! Taki naród skazuje się dobrowolnie na śmierć, podcina korzenie własnego istnienia.

      Nie wolno tworzyć „dziejów bez dziejów”; nie wolno zapomnieć o tysiącleciu naszej ojczystej i chrześcijańskiej drogi; nie można sprowadzać narodu na poziom zaczynania od początku, jak gdyby tu w Polsce, dotąd nic wartościowego się nie działo; nie wolno milczeć, gdy na ostatni plan w wychowaniu młodego pokolenia spycha się kulturę rodzimą, jej literaturę i sztukę, jej wypróbowaną moralność chrześcijańską oraz związek Polski z Kościołem rzymskim i z przyniesionymi do Polski wartościami Ewangelii, Krzyża i mocy nadprzyrodzonych. Nasza godność narodowa wymaga, byśmy oparli się tej zarozumiałości, z jaką lekceważone jest wszystko co polskie, na rzecz tak nam obcego importu.

      Jeśli w czym mamy okazać sprawiedliwość Ojczyźnie, to właśnie w tym, by nie odchodzić od niej w chwilach próby, ale mężnie stać na straży wspólnych nam wartości wypracowanych przez wieki w pracy rolników, robotników i rzemieślników, mężów nauki, mistrzów i artystów, kapłanów i wychowawców, pracujących pługiem, młotem, piórem, żywym słowem i na kolanach”.

To patrzenie w przeszłość to nie tani sentymentalizm. Patrzymy w przeszłość, aby mocno stać na nogach dziś i twórczo jako wolni ludzie i suwerenny naród wkraczać w przyszłość i iść kierunku Domu Ojca. Do tego niezbędny jest dom-gniazdo – „próg”.

  1. Czy Europa może być moim (naszym) Domem?  

Dowartościowanie i cenienie swego „gniazda” wcale nie musi oznaczać zrywania poczucia identyfikacji z tym co nazywamy „europejskim domem”. To prawda, że obecny projekt konstrukcyjny tego „domu” jest mocno zideologizowany, oparty na dziesiątkach tysięcy przepisów i regulacji, tworzony w sposób administracyjny i odgórny, przy dużym stopniu fasadowości  demokracji. Nie chce się pamiętać słów wypowiedzianych przez Jana Pawła II chociażby w polskim parlamencie o tym, że demokracja bez wartości staje się zakamuflowanym totalitaryzmem. To co nazywamy ogólnie „wartościami”, to całe bogactwo szeroko rozumianej kultury europejskiej, która, najprościej rzecz ujmując, wyrosła na Ewangelii. Gdyby nie trud średniowiecznych mnichów chroniących w zaciszu klasztorów bezcenną spuściznę starożytnych cywilizacji, gdyby nie pomnażanie tego dorobku w czasach kilkusetletniego politycznego zamętu, nigdy nie powstałyby średniowieczne uniwersytety (kilkadziesiąt pierwszych powstało pod egidą Kościoła) i nie narodziłaby się kultura europejska taka, jaką znamy.

To do tego dorobku nawiązywali Ojcowie-Założyciele wspólnoty europejskiej:  M. Schuman (dziś kandydat na ołtarze), A. de Gasperi czy K. Adenauer. Można powiedzieć, że ów projekt „domu” został nam „ukradziony”, a dążenie architektów jedności, by budować Europę jako „dom” na wartościach Ewangelii z nawiązaniem do chrześcijańskich korzeni Europy został zastąpiony czymś zupełnie przeciwstawnym, czego wymownym symbolem była próba pominięcia w ogóle w preambule europejskiej konstytucji  okresu Średniowiecza i przeskoku z epoki starożytnej wprost w Oświecenie, które miało doczekać się nieproporcjonalnej gloryfikacji. Odrzucenie chrześcijańskiej koncepcji wolności „do” i zastąpienie koncepcją wolności „od”, skutkuje moralnym nihilizmem, konsumpcyjnym stylem życia i negacją nadprzyrodzoności jako najważniejszego celu człowieka. Trzeba mieć też na uwadze, że tendencje dechrystianizujące to proces wspomagany na różne sposoby poprzez europejskie struktury administracyjne, powiązania biznesowo-polityczno- medialne, wszelkiego typu „lobby”, masonerię,  a także działające „w ciszy gabinetów” wszelakie struktury nieformalne.

Warto w tym kontekście przypominać sobie nauczanie Jana Pawła II, chociażby jego homilie z Gniezna (1979, 1997), czy z Włocławka (1991). Przypominał on nieustannie i przypomina także i o tym, skąd nasz europejski „ród”. Europa budowana tak jak dotychczas stanie(staje) się areną ludzkich egoizmów, moralnego nihilizmu by okazać się w końcu modelowym przykładem „domu budowanego na piasku” z wszystkimi tego konsekwencjami aż do kulturowej degrengolady. Czy jest możliwe wytworzenie jakiejś „laickiej” kultury na której ten dom może się ostać? Niestety odpowiedź może być tylko negatywna, jako że w budowie obecnego domu nie przewidziano istnienia fundamentu jako czegoś stałego, chyba że za fundament budowli uznać zasadę „braku fundamentu”. „Europę Ojczyzn” do której poszczególne narody wnoszą swoje bogactwo by nim się dzielić i siebie ubogacać próbuje się zastąpić bliżej nieokreślonym tworem w którym decydującą rolę mają odgrywać biurokratyczne dyrektywy i ocierająca się o absurd polityczna poprawność. Osobiście nie odczuwam pociągu do „domu” w takiej postaci.

Wypada jedynie zazdrościć Europejczykom minionych epok, którzy potrafili pozwolić Europie rodzić się i budować w sposób naturalny, wymuszany m.in. przez okoliczności życiowe i zasady zdrowego rozsądku. Tak dziś deprecjonowana Europa czasów minionych nie znała paszportów ani wspólnej waluty, nie wydawała tysięcy dyrektyw a znakomicie sobie radziła. Gdy popatrzymy na suknię Maryi na Jasnej Górze, zauważymy na niej lilię – symbol dynastii andegaweńskiej rządzącej na Węgrzech, która dała nam św. Jadwigę i poprzez jej odważną decyzję potężną dynastię Jagiellonów. To przecież król-Litwin zwyciężył pod Grunwaldem, a król-Szwed ogłosił Maryję Królową Korony Polskiej, zaś król – Siedmiogrodzianin toczył zwycięskie wojny z Rosją. Nawet w Sobieskim płynęła (ze strony matki) krew pobratymcza – ruska. Potrafilibyśmy tak dzisiaj? Oni „potrafili” ponieważ mieli coś czego brak dzisiaj Europie – Dom Kościoła Rzymskiego. Czego by nie powiedzieć: czuli się jakoś „razem”. To właśnie – od czysto świeckiej strony, choć nie tylko – było spoiwem także domu politycznego, europejskiego. (Pierwszego poważnego i brzemiennego w skutki wyłomu dokonała tu Reformacja ze swoim subiektywizmem i niewiarą w nadprzyrodzone możliwości człowieka wspartego Łaską; potem było już tylko gorzej). Oczywiście, nie chodzi o idealizowanie tego okresu, bo żadnego okresu idealizować nie można i nie należy, naszego również, a może – w szczególności. Czasy nowożytne, czasy „Wieku Świateł”, jak górnolotnie zwie się Oświecenie, dokonały swoistego „mordu” na tej Europie, czego pierwszym widomym akordem była rewolucja francuska, z niewiadomego powodu zwana „wielką”.

I tak jak przy zjawisku rodziny- domu, czy Ojczyzny-Domu, tak i przy problemie Europy jako Domu trzeba mówić to samo: nie zbuduje się niczego trwałego, niczego prawdziwego i niczego kochanego i cenionego bez odwołania do tego co jest fundamentem i spoiwem wszelkiego budowania, a więc do rodziny, tradycji i religii (Boga). Oczywiście w ten zakres wchodzi także własność jako rękojmia wolności, ale to już temat na inną okazję. Można zakończyć na pozór banalnym, ale prawdziwym stwierdzeniem: człowiek zbuduje dom-rodzinę, dom-ojczyznę i dom-Europę pod jednym warunkiem: jeśli najpierw zbuduje dom Bogu i wartościom – w sobie. Bez tego o wiele trudniejsze, o ile w ogóle możliwe, będzie dotarcie do Domu, gdzie „od wieków mamy przygotowane mieszkanie”. Z tego powodu w kulturze i tradycji, tak polskiej jak i tej widzianej bardziej uniwersalnie – chrześcijańskiej, „Dom” ma osobliwe i wyjątkowe miejsce.

Autor: ks. Dr Franciszek Gomułczak SAC

Wykładowca historii Kościoła w Wyższym Seminarium Duchownym w Ołtarzewie. Misjonarz i rekolekcjonista. Inne ciekawe artykuły księdza doktora dla Boxnews są tu: Czytaj 1; czytaj 2

Fot. Youtube.org