Czy możemy prosić o niepodległość

Czy możemy prosić o niepodległość

884
1
UDOSTĘPNIJ

I nie wolno kazać prawdom by za drzwiami stały (…). Znacie zapewne, bracia i siostry obraz Jana Matejki „Stańczyk”: królewski błazen siedzi zamyślony, na stole rozwinięty rulon listu, za oknem kometa, znak nieszczęścia. W dali obrazu za lewym ramieniem Stańczyka widać beztrosko bawiących się ludzi. To bal na dworze królowej Bony. Jest rok 1514. Złoty wiek Rzeczypospolitej, wiek potęgi i pomyślności. Czemu więc królewski błazen, on jeden, jest szczerze przejęty i smutny? – Wyjaśnia nam to pełny tytuł obrazu. Brzmi on: Stańczyk w czasie balu na dworze królowej Bony, kiedy wieść przychodzi o utracie Smoleńska.

Smoleńsk to miasto Rzeczypospolitej leżące wówczas w granicach Wielkiego Księstwa Litewskiego, na ziemiach białoruskich. Oblegany przez Moskali, czekający bezskutecznie na odsiecz poddał się wrogowi. Ale któż by z tego powodu przerywał bal? Utraciliśmy Smoleńsk, to odzyskamy! – I tak się rzeczywiście stało. Z całego towarzystwa jeden tylko błazen jest zmartwiony. On widzi o dwieście lat dalej, a może i o trzysta. On widzi, jak słaba Moskwa nabiera wigoru, on czuje że ten bal kiedyś przemieni się w „taniec chocholi” z „Wesela” Wyspiańskiego. Tylko on to widzi, a potem jeszcze o. Piotr Skarga, sługa Boży, kaznodzieja sejmowy. Ale któżby przejmował się błaznem albo słuchał kaznodziei? Towarzystwu wydaje się, że choć podpite, trzeźwo myśli… A za dwieście lat wojska moskiewskie będą bezkarnie hasać po Litwie i Rusi, patriotyczni posłowie ginąć bez śladu jakby seryjny porywacz lub samobójca krążył. I cóż z tego że król August III podkowę potrafi złamać? Polacy jedzą, piją i popuszczają pasa. Nic nie chcą wiedzieć o jakimś niebezpieczeństwie. Rosja, Prusy, Austria? Po co to larum, mości panowie?

Za późno przyszedł Sejm Czteroletni i Konstytucja 3 maja. Za mocno wżarł się rak w sarmacką duszę. Podziwiamy Kościuszkę i księcia Józefa? A któż dziś cytuje dobrowolny i legalny akt abdykacji ostatniego króla? Ja czytałem. – Groza! Wszystkie rozbiory Polski zostały zalegalizowane przez sejm. Gdybyś im to Stańczyku drzewiej opowiedział, rzekliby: „błazen!”… A poseł Rejtan oszalał z rozpaczy, a Franciszek Karpiński w jedną noc osiwiał po III rozbiorze i nic już więcej nie napisał. Pozostawił nam „Wszystkie nasze dzienne sprawy”. Wspominamy bohaterów powstań, a któż pamięta, że sześciu generałów w 1831 roku pozostało wiernych przysiędze danej carowi. Zginęli, ale potem na placu Saskim car im pomnik postawił.

A któż dziś opowie jak entuzjastycznie witała Warszawa cara Aleksandra I w 1815 r., Aleksandra II w 1860r. i Mikołaja II w 1897 roku? Każde pokolenie epoki zaborów, niepomne tragicznych wydarzeń chciało wierzyć, że car jest dobry. Czar szybko pryskał, a iluzje drzemały by wybuchnąć przy następnej okazji. Dziś też wielu uważa, że cara można udobruchać choćby i za wielką cenę. Dobrze, że znalazła się garstka straceńców, która na stos rzuciła życia los. Serdecznie nienawidzili się Piłsudski z Dmowskim, ale gdy trzeba było stanęli razem: jeden w polu, drugi w Wersalu. Co by powiedziała Europa gdyby grzecznie zapytali: „czy możemy prosić o niepodległość?”.

„Polski będzie tyle, ile wyrąbią nasze bagnety, granica będzie tam dokąd dojdzie polski żołnierz”, mówił Piłsudski. Zeźlił się brytyjski minister gdy na pytanie o granice Polski Dmowski pokazał mu, jak mówił poruszony minister, „całkiem spory kawał globu ziemskiego” (…). Bo nikt nam nigdy nic nie dał – i nie da! A jak dał to przy pierwszej okazji zabierze.

       Smoleńsk wdarł się nam znowu w historię – Katyniem. Myśleli, że jadą do polskiej armii (…). Jechali do dołu. Oficerowie rezerwy: lekarze, inżynierowie, nauczyciele, ziemianie. Nasza elita. Resztę dobili w Powstaniu, nieliczni pozostali na Zachodzie. Generał Fieldorf i rotmistrz Pilecki zginęli w więzieniu, tysiące chłopców wyklętych a niezłomnych ceniło honor nad wszystko – i też zginęli. A kto dzisiaj wie co to takiego, ten honor? (…).

Pozostały u góry szemrane charaktery, zdrajcy, tchórze, karierowicze (…). Będą donosić i zabijać, będą wychwalać Stalina – nowego Adama ludzkości. Będą gonić po lasach żołnierzy niezłomnych. A potem zostaną „ludźmi honoru”, albo noblistami, zabrzęczą im werble, salwa honorowa (…).

Zachód oburzał się na „żelazną kurtynę” świętym faryzejskim oburzeniem, ale generał Maczek pracował w pubie jako barman, a Anders w kiosku… Taki los bohaterów. Nikczemnik zostałby marszałkiem.

Czy ten Smoleńsk to przekleństwo czy znak od Boga? Zapowiedź piekła czy Nieba? Mówiono zawsze, że niewinność ofiar nie idzie na marne, ale odzywa się przed Bogiem dzwonem potężnym i niesie z echem na ziemię laur zwycięstwa (…). Że śmierć niewinna choćby najstraszniejsza to nie klęska, ale preludium do Victorii umysłem i sercem niewyobrażalnej (…). Któż to rozumem obejmie, gdy „od skargi bieleje włos”? (…).

Biało czerwona szachownica w błocie a wraz z nią Majestat Rzeczypospolitej. Prezydent Najjaśniejszej. Przez swoich znienawidzony, wyszydzony, zaszczuwany i ośmieszany (…) tarzali się ze śmiechu gdy ostrzegał patrząc na Wschód, kpili gdy leciał do Tbilisi (…) „jaki prezydent, taki zamach” (…), zanosili się śmiechem gdy ktoś na samochodzie powiesił odwrotnie narodową flagę, pokazywali palcem i szydzili gdy pani Maria zaniosła mu do samolotu sweter w reklamówce (…). To ta nienawiść eksplodowała nad Smoleńskiem!

W 2009 roku na Krzeptówkach odprawiałem mszę świętą w intencji lotników; parę kilometrów dalej mają swój ośrodek szkoleniowy. Mszę zamówił ich dowódca – generał Błasik. Zapełnili ławki (…) prawie wszyscy przystąpili do komunii świętej, on także (…). Takiego dowódcę miały polskie skrzydła. Kto ich pod Smoleńskiem zabił? – nie wiem, ale wiem, że nie owa nieszczęsna brzoza. Towarzyszy jej rachityczny płot. Przetrzymał przelot dyszy Tupolewa cztery metry nad sobą. Samolot po upadku z kilku metrów w błotniste podłoże rozpadł się na 60 tys. kawałków, z których 80 % ma mniej niż 20 cm kw. Więc po co ten festiwal cynizmu?

Tak jak prawda wyzwala, tak kłamstwo buduje mentalność niewolnika, wasala, wiecznego klienta. Zbyt wielu Rodaków pokochało ten sposób na życie! Zadowala ich propaganda resortowych dzieci, wystarczą im piarowskie zagrania (…) A ksiądz irytuje (…). Po co ciągle o tym Smoleńsku, dajcie żyć, przecież wszystko jasne, niech się ksiądz zajmie czym innym, nie polityką (…) kim wy jesteście?! – Nic nie jest jasne (…), nie dam wam „świętego spokoju” choć go tak wielu pożąda, bo dziś to trucizna jak tlenek węgla – nie widać, nie czuć a truje i zabija.

”Niczym Sybir, niczym knuty, lecz narodu duch zatruty, to dopiero bólów ból…”. „Polsko, ile ty mnie kosztujesz…” pisała w swoim dzienniczku święta Faustyna. „Nie chciejcie takiej Polski, która by was nic nie kosztowała”, wołał do nas święty Rodak Jan Paweł II (…). Ile cię Polska kosztuje? Są i tacy, którym z Polską i rodakami źle, bardzo się tu męczą biedacy, więc wyżywają się na ekranie, w gazecie, zatruwają umysły, sieją dezorientację, nie w smak im Kościół, moralność. Trudno dziś być katolikiem w ojczyźnie św. Jana Pawła II, chyba że bezobjawowym. Wtedy można wyrzucić z pracy innego katolika: profesora medycyny, ministra. – „Bo jak się, proszę księdza idzie do pracy to swoją wiarę należy zostawić w przedpokoju gabinetu, w którym się pracuje…” – Tylko że wtedy, droga pani, nie mielibyśmy męczenników, świętych ani bohaterów a jedynie tchórzy, karierowiczów i oportunistów (…).

Ojczyzna to wspólne dobro. Otrzymaliśmy je od Boga-Pana dziejów jako dar i zadanie. Tak jak i wolność – osobista i narodowa, także są darem i zadaniem. Nigdy nie są dane raz na zawsze; trzeba je ciągle zdobywać. Pamiętacie te słowa? Zdobywamy więc wolność czy ją zatracamy, martwimy się ze Stańczykiem czy balujemy? Teraz bal nazywa się: „impreza”. A nasze zmartwienie jest twórcze, czy ogranicza się do opuszczenia rąk? Ktoś mi podpowiada, żebym cieszył się z takiej Polski jaką mamy. A ja nie potrafię – i nie chcę.

Mam większe ambicje i oczekiwania. Wyczytuję je z twarzy Stańczyka i słów Jana Pawła II, z heroizmu prymasa Wyszyńskiego i z ofiary księdza Jerzego, ks. Niedzielaka, Zycha, Suchowolca, z dramatu bezrobotnych i milionów wypchniętych na zmywaki za granicę, z twarzy ludzi niszczonych przez układy. Więc uciekam od krasomówczych popisów i taniego festiwalu. Jak mówił bł. ks. Jerzy: nie warto żyć za trzydzieści srebrników jałowego spokoju. I nie wolno kazać prawdom by za drzwiami stały. Kazania nie są też po to, by się „podobały”, ale by czasem „zabolały”, aby się człowiek zaniepokoił, pomyślał, stanął w prawdzie przed sobą samym gdy trzeba. Nie kończę tego kazania. Jego dalszą część i epilog dopisze historia, ludzkie wybory i decyzje. Więc, choć bal za plecami Stańczyka rozkręca się w najlepsze, a chochoł zdaje się czekać za drzwiami, ja nie tracę nadziei.

Autor: ks. Dr Franciszek Gomułczak SAC

Wykładowca historii Kościoła w Wyższym Seminarium Duchownym w Ołtarzewie. Misjonarz i rekolekcjonista.

Fot. Youtube.org